Rysa na szkle
Pewnie jestem naiwna albo głupia. Albo jedno i drugie.
Prz Galerii Dominikańskiej siedzi pewien pan. Siedzi na wózku inwalidzkim, przykryty wytartym kocykiem. I woła. Tak że kraje mi się serce. Grzechocze puszką i prosi o grosika na szczęście. Nie na piwo, na chleb czy nawet na operację serca. Tak zwyczajnie na szczęście. I mimo że chyba każdy szczęścia szuka, to właśnie dla tego pana łamię własne zasady, wygrzebuję ostatnie pieniądze i kiedy mogę dorzucam coś do puszki. Bo mam wrażenie, że ten pan zasługuje na nie bardziej niż wszyscy których znam.
Zdałam egzamin na prawo jazdy. Fuksem. Za piątym razem wreszcie uśmiechnęła się do mnie fortuna. Oczywiście po drodze zawaliłam parę kolokwiów i zrobiłam kilka rzeczy z których nie do końca jestem dumna. Konkluzja? Gdy ktoś powie - nigdy nie jest tak dobrze żeby nie mogło być lepiej popukajcie się w czoło. Gówno prawda. Nigdy nie jest tak dobrze żeby coś się nie mogło spierdolić.
Moi rodzice znowu się pokłócili, a mnie w pewnym stopniu ulżyło. Dość miałam mdląco-słodkiej atmosfery i szczerzenia zębów. Więc kiedy coś się najzwyczajniej mówiąc spierdoliło, znowu zrobiło się normalnie. Mam strasznie dobry humor. Cieszy mnie dobry film z siostrą, smaczna kolacja i to, że udało mi się naprawić łóżko. Bo czy nie o to chodzi? By cieszyć się małymi rzeczami? Może ludzie są dopiero wtedy szczęśliwi gdy nie są do końca szczęśliwi?
PS. Wierzcie w anioły. To podobno pomaga.
Ależ to jest prawda - zawsze może być lepiej i zawsze może być gorzej. Bo przecież zawsze może być inaczej.
A o sens życia tutaj chyba nie ma sensu pytać ;)
PS. odp cytatem: “Where are those angels when you need them?”
Komentarz autor Roberto — 09/05/2008 @ 22:09
aż się sama dziwię, nagle przypomniałam sobie o tym skrawku sieci, coś mnie tknęło i wpisałam. I tak po raz pierwszy od bardzo dawna przeczytałam czyjąś notatkę. I poczułam, że wiem o co chodzi, że rozumiem, o ile mogę używać tak zobowiązujących słów, że sama spotkałam się z takimi przypadkami.
A dziś, całkiem zabawne, ktoś dał mi “zimny fajerwerk”. Na szczęście. To nie ja musiałam wspomagać czyjąś Fortunę chociażby małą dawką brzęczaków, tylko mi ofiarowano. Małą, nic nie znaczącą duperelę. Ale na szczęście. I nawet się uśmiechnęłam.
Cieszę się małymi rzeczami, które zresztą urastają do całkiem pokaźnej rangi, kiedy przyjmę inny punkt odniesienia. Bo sądzę, że i o to chodzi. Stwarzamy siebie przez porównania i sztuką jest nie przyjmować wydumanych odnośników, tylko rzeczy pozwalające się cieszyć z pierdół. Bo ja wiem, herbata wypita z kimś sympatycznym, spacer wokół jeziora, parę zdjęć starym aparatem, miła niespodzianka, szelest gołębich skrzydeł, które zaraz ci się sfajdają na umyte włosy. Gołębie, nie skrzydła.
Chyba jeszcze zajrzę. Jakoś tak inaczej mi się to czyta. Jakoś tak nie czuję, że ktoś mi mózg wyżyna, ewentualnie sprawdza elastyczność opon. Jakoś tak… miło. Nie wiem.
Nawet się ucieszyłam, że adres ten sam, bo zanim zachciałoby mi się poszukać nowego, zapewne już bym zapomniała, czego szukam.
średnik, cholera, gwiazdka
(nienawidzę tego sformułowania :D)
Komentarz autor hestia — 06/08/2008 @ 20:45