Tygrysia

21/02/2008

Knysza najlepsza na świecie

Jestem pewna, że po przeczytaniu tego wpisu, nasunie wam się na myśl zdanie “Ty się chwalisz czy żalisz?”. Trudno. Może uratuję kilka duszyczek ze szponów kłamliwej reklamy.

Od dziecka byłam niejadkiem. Nie w kwestii ilościowej (ha! ha!), a jakościowej. Jadłam to co chciałam, w ilościach jakich chciałam i z upodobaniem doprowadzałam przedszkolanki do szewskiej pasji. Zresztą podzieliłam je sobie na te które pozwolą mi zostawić na talerzu jakieś wyjątkowe paskudztwo i te przy których trzeba zwymiotować żeby to zrobiły. Ale po kolei.

Oczywiście mój posiłkowy szownizm nie wziął się znikąd. I nawet nie chodzi mi o gust kulinarny czy delikatne podniebienie. Nie wiadomo skąd przyplątał się do mnie dziwny gen. Gdy coś mi nie smakuje, mam odruch wymiotny. Serio. Efekty są komiczne (dla otoczenia), tragiczne (dla dywanu) i żenujące (dla mnie) zarazem. Pamiętam gdy nadludzkim wysiłkiem woli udało mi się nie zapaskudzić siedzenia samolotowego oliwką z anchois.

Zatem wracając do przedszkola - najpierw należało zorientować się która pani ma dyżur. Pani Gienia zawsze zabierała cichaczem niezjedzone, paskudne resztki, a pani Ewa dawała mi na talerzu tylko to co lubię wzbudzając zazdrość innych dzieci. Innym paniom kucharkom mój los był całkowicie obojętny. W sytuacji gdy pani Gienia i pani Ewa miały urlop, należało przyjrzeć się przedszkolankom. Pani Danusia do niczego nie zmuszała, z panią Alą dawało się pertraktować. Pani Jola była głucha na prośby i groźby, ale i to dało się zmienić. Kilka ekspresowych plam z rzygowin załatwiło sprawę nawet z nieprzejednaną panią Jolą. Na końcu operacji należało gładko skłamać rodzicom. Że tak zjadłam wszystko, bo tak dali same pyszności.

W tej sytuacji całkiem logiczne jest, że ktoś posiadający tak dziwaczny odruch jak ja, podchodzi do wszelkich rewelacji dość sceptycznie. Nie odżywiam się zdrowo (co to to nie!), ale generalnie uważam co próbuję. Nigdy nie nakładam pełnego talerza niepewnych potraw, a skubię je po kawałku. Zazwyczaj nie jadam też w dziwnych knajpach. Bo albo wymiotuję, albo wyrzucam ledwo zaczęty obiad.

W poniedziałek moja przyjaciółka poleciła mi knyszarnię. Niedaleko mojego domu, najlepszą w mieście. Postanowiłam zaryzykować (dodam, że nie za moje pieniądze ;). Oczywiście efekt był opłakany. Knysza zimna i pełna chrzęści. Sos zbyt mdły. Odruch wymiotny gotowy. Zamiast tego połowa warzyw wylądowała w kwietnym kasetonie (niech gołębie też coś mają od życia!) - wyglądając niewiele lepiej od rzygowin, a pozostała część powędrowała do śmietnika.

I sama nie wiem czy się chwalę czy żalę. Morał jest jeden - nie wierzyć reklamie!

Liczba komentarzy: 5 »

  1. Autorytety upadają, pieniądze przepadają, a chrząstki pozostają w pamięci na długo. Nie wiem tylko jak długo pomidory przetrwają w tych kasetonach.

    Komentarz autor Roberto — 22/02/2008 @ 20:33

  2. Pewnie nie długo. Pan sprzed śmietnika raczej nie w ciemię bity xD

    Komentarz autor Tygrysia — 22/02/2008 @ 21:32

  3. to znaczy, że mam nie jeść we wrocławiu xd?
    a szkoda, dzisiaj mnie nie otruli ;p

    Komentarz autor lorka — 22/02/2008 @ 22:33

  4. no widzisz, a mnie albo czymś struli w którymś z krakowskich przybytków Niedrogiego a Sytego Jedzenia, albo grypa idzie.
    W każdym razie jedzenie przeze mnie przepływa zamiast się strawić, więc nic prawie nie jem.

    Komentarz autor Lama — 23/02/2008 @ 16:57

  5. Cóż ja też jestem jakościowym niejadkiem (proszę nie patrzeć na mój wygląd nie widać tego po mnie :P) z zup może tknę ze trzy rodzaje z mięsa jem tylko białe… mimo, że nie reaguje aż tak gwałtownie to też jestem sceptyczna do polecanych przez znjaomych podejrzanych knajp… najpier on zamawia ja próbuje i dopiero się mogę skusić :)

    Komentarz autor Camilla Delacour — 23/02/2008 @ 20:01

Wątek RSS dla komentarzy do tego wpisu. Adres TrackBack

Dodaj komentarz