Tygrysia

09/01/2008

LA,LA,LA…

No i nadszedł pierwszy w moim życiu Styczeń. Oczywiście można (słusznie!) spytać jak można przeżyć prawie dwadzieścia lat pomijając jakże ważny pierwszy miesiąc roku. Śpieszę z odpowiedzią. Studiuję od pół roku. Sezon kolokwiowy w pełni. I wszystko jasne.

Nawet się cieszę. Kolejny miesiąc odroczenia przed prawem jazdy…

31/10/2007

Żywot Spłukanej

(bo ktoś kto wymyślił stypendia zasługuje na Nobla)

Właśnie doznałam objawienia. Doświadczyłam wielkiego kosmicznego porządku, któremu wszyscy podlegamy. Zostałam studentką i zostałam spłukana. To nie przypadek, to przeznaczenie.

Bo niby skąd te wszystkie zniżki, tanie obiady, rabaty i prawie-że-darmowe czwartki? Proste. Bo nad studentami wisi nierozerwalne fatum. Jakieś czarnoksięskie zaklęcie wysysające wszystkie soki z portfela i blokujące to co w przeciwieństwie do pieniędzy daje szczęście-zakupy.

Z tej oto prostej przyczyny od prawie miesiące żyję na kredyt, a konto bankowe szczerzy się do mnie śmiesznie niskim saldem. Czuję się jak pasożyt i rzeczywiście nim jestem. Po sklepach chodzę wolno, a głowę chowam w ramionach. Nigdy nie wiadomo skąd padnie znienawidzone przez bankrutów pytanie. “Czy mogę w czymś pomóc?”.

W Empiku schowałam płytę DVD na którą poluję. Na tym jawnym akcie marketingowego sabotażu przyłapał mnie pan z obsługi. Uśmiechnął się i pozwolił mi w spokoju dokończyć dzieła zniszczenia alfabetycznego i tematycznego porządku panującego na półkach. Mam nadzieję, że nie wyjawił mojej tajemnicy, ani co gorsza nie odstawił filmu na swoje miejsce. Bo ja przecież jestem bankrutką jedynie tymczasową i wrócę i kupię i przecież jesteśmy wspólnikami, DO CHOLERY!

Został ze mnie jedynie cień dysponującej środkami pieniężnymi osoby i to marny cień. Dobrze, że stypendium już dziesiątego.

27/12/2006

Totalna rozwałka

Była gwiazdka. A gwiazdka równa się prezenty (przynajmniej w większości wypadków). W związku z moją obsesją (tak! nie bójmy się tego słowa!) na punkcie filmu “Scarface” otrzymałam od moich sióstr - tej rodzonej i tej z którą dzielę jeden mózg - plakat. Zresztą taki jak obok (pal diabli, że mam pomarańczowe ściany)

Ambitnie postanowiłam nie wzywać mego protoplasty i razem z siostrą zawiesić plakat na ścianie. W tej sytuacji należało wykonać parę prostych kroków. Po pierwsze ściągnąć plakat z koniem. Po drugie odczepić od niego listewki. Po trzecie przyczepić listewki do nowego plakatu. I na końcu, wreszcie, zawiesić całość na ścianie. Prościzna.

Z pierwszym krokiem poszło nam całkiem nieźle. Omal nie udusiłyśmy się zalegającym na deseczkach kurzem, ale niczym nie zrażone postanowiłyśmy dokończyć dzieła. I tu właśnie zaczyna się program z cyklu “Jak za pomocą prostych rzeczy dokonać niezwykłych czynów”.

Pineski siedziały mocno wbite w deseczki. Postanowiłyśmy je podważyć linijką i kątomierzem. Nie obyło się oczywiście bez drobnych urazów palców i kilku rozwalonych pinesek (które ostatecznie zostały wyciągnięte nożyczkami przez moją siostrzyczkę). Tym samym zakończyłyśmy drugi etap.

Z ponownym wbiciem pinesek było kilka problemów. Nie tylko dlatego, że plakat wisi obecnie krzywo i można go podziwiać w trzech wymiarach. Wbrew pozorom wciśnięcie pineski w drewno nie jest jakimś szczególnym osiągnięciem (He-Man!). Osiągnięciem jest wciśnięcie jej prosto.

Kiedy w końcu umieściłam wszystkie zaczepki na swoich miejscach stwierdziłam, że odstają od plakatu na dwa centymetry. Postanowiłyśmy je wbić. Moja siostra złapała pierwszą lepszą książkę i zaczęła nią tłuc w listewkę. Okazało się, że maltretujemy “Ballady i Romanse” Mickiewicza. I kiedy ja chciałam dalej mocować pineski używając tego (niewątpliwie) wiekopomnego dzieła, moja siostra wyrwała mi tomik wygrażając od “Puchów wstrętnych”. Ostatecznie pineski zostały wbite encyklopedią “Rasy kotów”. Wbite tylko trochę prościej niż na początku.

Plakat wisi krzywo i odstaje od ściany. Ale satysfakcja jest bezcenna. I od śmiechu z pewnością schudłyśmy kilka kilo.

[obecna wersja notki została zatwierdzona i autoryzowana przez moją piękną, mądrą i do wzięcia siostrzyczkę]