Tygrysia

09/05/2008

Rysa na szkle

Pewnie jestem naiwna albo głupia. Albo jedno i drugie.

Prz Galerii Dominikańskiej siedzi pewien pan. Siedzi na wózku inwalidzkim, przykryty wytartym kocykiem. I woła. Tak że kraje mi się serce. Grzechocze puszką i prosi o grosika na szczęście. Nie na piwo, na chleb czy nawet na operację serca. Tak zwyczajnie na szczęście. I mimo że chyba każdy szczęścia szuka, to właśnie dla tego pana łamię własne zasady, wygrzebuję ostatnie pieniądze i kiedy mogę dorzucam coś do puszki. Bo mam wrażenie, że ten pan zasługuje na nie bardziej niż wszyscy których znam.

Zdałam egzamin na prawo jazdy. Fuksem. Za piątym razem wreszcie uśmiechnęła się do mnie fortuna. Oczywiście po drodze zawaliłam parę kolokwiów i zrobiłam kilka rzeczy z których nie do końca jestem dumna. Konkluzja? Gdy ktoś powie - nigdy nie jest tak dobrze żeby nie mogło być lepiej popukajcie się w czoło. Gówno prawda. Nigdy nie jest tak dobrze żeby coś się nie mogło spierdolić.

Moi rodzice znowu się pokłócili, a mnie w pewnym stopniu ulżyło. Dość miałam mdląco-słodkiej atmosfery i szczerzenia zębów. Więc kiedy coś się najzwyczajniej mówiąc spierdoliło, znowu zrobiło się normalnie. Mam strasznie dobry humor. Cieszy mnie dobry film z siostrą, smaczna kolacja i to, że udało mi się naprawić łóżko. Bo czy nie o to chodzi? By cieszyć się małymi rzeczami? Może ludzie są dopiero wtedy szczęśliwi gdy nie są do końca szczęśliwi?

PS. Wierzcie w anioły. To podobno pomaga.

21/02/2008

Knysza najlepsza na świecie

Jestem pewna, że po przeczytaniu tego wpisu, nasunie wam się na myśl zdanie “Ty się chwalisz czy żalisz?”. Trudno. Może uratuję kilka duszyczek ze szponów kłamliwej reklamy.

Od dziecka byłam niejadkiem. Nie w kwestii ilościowej (ha! ha!), a jakościowej. Jadłam to co chciałam, w ilościach jakich chciałam i z upodobaniem doprowadzałam przedszkolanki do szewskiej pasji. Zresztą podzieliłam je sobie na te które pozwolą mi zostawić na talerzu jakieś wyjątkowe paskudztwo i te przy których trzeba zwymiotować żeby to zrobiły. Ale po kolei.

Oczywiście mój posiłkowy szownizm nie wziął się znikąd. I nawet nie chodzi mi o gust kulinarny czy delikatne podniebienie. Nie wiadomo skąd przyplątał się do mnie dziwny gen. Gdy coś mi nie smakuje, mam odruch wymiotny. Serio. Efekty są komiczne (dla otoczenia), tragiczne (dla dywanu) i żenujące (dla mnie) zarazem. Pamiętam gdy nadludzkim wysiłkiem woli udało mi się nie zapaskudzić siedzenia samolotowego oliwką z anchois.

Zatem wracając do przedszkola - najpierw należało zorientować się która pani ma dyżur. Pani Gienia zawsze zabierała cichaczem niezjedzone, paskudne resztki, a pani Ewa dawała mi na talerzu tylko to co lubię wzbudzając zazdrość innych dzieci. Innym paniom kucharkom mój los był całkowicie obojętny. W sytuacji gdy pani Gienia i pani Ewa miały urlop, należało przyjrzeć się przedszkolankom. Pani Danusia do niczego nie zmuszała, z panią Alą dawało się pertraktować. Pani Jola była głucha na prośby i groźby, ale i to dało się zmienić. Kilka ekspresowych plam z rzygowin załatwiło sprawę nawet z nieprzejednaną panią Jolą. Na końcu operacji należało gładko skłamać rodzicom. Że tak zjadłam wszystko, bo tak dali same pyszności.

W tej sytuacji całkiem logiczne jest, że ktoś posiadający tak dziwaczny odruch jak ja, podchodzi do wszelkich rewelacji dość sceptycznie. Nie odżywiam się zdrowo (co to to nie!), ale generalnie uważam co próbuję. Nigdy nie nakładam pełnego talerza niepewnych potraw, a skubię je po kawałku. Zazwyczaj nie jadam też w dziwnych knajpach. Bo albo wymiotuję, albo wyrzucam ledwo zaczęty obiad.

W poniedziałek moja przyjaciółka poleciła mi knyszarnię. Niedaleko mojego domu, najlepszą w mieście. Postanowiłam zaryzykować (dodam, że nie za moje pieniądze ;). Oczywiście efekt był opłakany. Knysza zimna i pełna chrzęści. Sos zbyt mdły. Odruch wymiotny gotowy. Zamiast tego połowa warzyw wylądowała w kwietnym kasetonie (niech gołębie też coś mają od życia!) - wyglądając niewiele lepiej od rzygowin, a pozostała część powędrowała do śmietnika.

I sama nie wiem czy się chwalę czy żalę. Morał jest jeden - nie wierzyć reklamie!

15/12/2007

Bohema

(bo wreszcie zobaczyłam coś swojego na sklepowej półce)

Miał być wywiad. Trochę wstydliwe zadawanie pytań starszemu ode mnie człowiekowi. Człowiekowi, który prawdopodobnie będzie mnie uczył w którymś z przyszłych semestrów. Wywiad będzie za tydzień. Miejmy nadzieję.

W ramach rekompensaty Mój Mecenas zabrała mnie na wernisaż fotografii. W dzikim pędzie omijałyśmy korki i snujących się ze świątecznymi zakupami ludzi. Mróz połamał mi uszy na drobne kawałeczki, przenikał przez rękawiczki. Nienawidzę zimy.

Odnalazłyśmy brudną poniemiecką kamienicę, wesżłyśmy do środka. Nie znalazłyśmy włącznika światła i drogę parter-pierwsze piętro pokonałyśmy w kompletnych ciemnościach. Jakaś część mnie, ta która uwielbia jeździć nocnymi autobusami, rechotała w duchu. Sceneria jak z thrillera. I tylko mordercy brak.

Weszłyśmy do niewielkiego mieszkanka, a dym papieroswy buchnął mi w twarz. Kurpulentny ubrany na czarno pan, rozpaczliwie broniący się przed łysiną długimi piórami włosów, niemal zaciągnął nas do środka. Na moment otworzył zamknięte drzwi za którymi przelewał się ocean papierów. Z lekkim zażenowaniem zamknął mi je przed nosem, zanim zdążyłam dobrze się przyjrzeć. Widać, że dostałam stypendium i jestem bogatą kobietą.

Pokój był ciasny, o ścianach upstrzonych pajęczynami pęknięć. Fotografie (to dla nich tu przyszłyśmy!) zbiły się w ciasne stadka nad stołami z alkoholem. Nie były brzydkie, brzydkie były ramki. W kącie stały suche badyle, marny zewłok roślin zielonych. Ludzie w wieku moich rodziców palili papierosy i traktowali mnie z pewną rezerwą. Robili sobie ze mną zdjęcia, jak biali z murzyniątkami. Pomyślałam, że właśnie tak wygląda artystyczna bohema. Urzekł mnie specyficzny folklor i droga powrotna. Jakimś cudem nie spadłam ze schodów w czeluście nieoświetlonej klatki schodowej.

By ochłonąć Moja Mecenas zaprosiła mnie na czekoladę. Usiadłyśmy w nierówno pomalowanej knajpce. Naprzeciw siebie. Jak Mozart z Salierim. Rozmawiałyśmy o tym, co kochamy robić. O pisaniu. Ludzie biegali koło naszego stolika i śmiali się głośno. Zastanawiałyśmy się dlaczego jest ich tak dużo, a każda swoją odpowiedź zanotowała w duchu. Nigdy nie wiadomo kiedy się przyda.

Na niewielkie podwyższenie wyszedł niepozorny pan z jeszcze bardziej niepozorną panią. Rozpoczął się wieczorek poetycki. Jak w kiepskim filmie. Podano grzańca i skuszone wizją obcowania z literaturą postanowiłyśmy zostać. Niepozorna pani zapowiedziała wiersze niepozornego pana z rubasznym uśmiechem. Niektóre to śmiałe erotyki. Jak widać każdy ma takiego Mecenasa na jakiego zasługuje.

Niepozorny pan zwierzył się że pali niudane utworki. Jak widać, rękopisy jednak płoną. Odczytał kilka swoich najlepszych prac, które nie zrobiły na nas żadnego wrażenia. Żadnego pozytywnego wrażenia. Wyszłyśmy niedługo potem, wcześniej długo szukając kurtek w stosie odzieży krewnych i znajomych niepozornego pana. Rozstałyśmy się kilka ulic dalej z przeczuciem, że świeżbi nas pióro.

I już nawet wiem, których bohaterów wyślę do tej knajpki i każę wysłuchiwać kiepskiej poezji.

 

Następna strona »