“Monachium”
Mamy już filmowe horrory, romanse i kryminały. Ta metka, na stałe przyczepiona do danego obrazu pozwala szybko zorientować się czego możemy się po danym dziele spodziewać. Do tej długiej litanii gatunków kinowych proponuję dodać jeszcze jeden, reprezentowany przez “Monachium” Stephena Spilberga. Nie Oglądaj Ostatnich Trzydziestu Minut, w skrócie NOOTM.
Historia izraelskiego odwetu na Palestyńczykach z organizacji Czarny Wrzesień jest filmem przeciętnym. Całość sprawie wrażenie trochę zbyt sentymentalnej i nierównej. W jednej chwili reżyser raczy nas obrazami przestrzelonych policzków, w innej serwuje długie dysputy na temat istoty dobra i zła. Na szczęście mimo irytujących pseudo-filozoficznych wstawek większość filmu ogląda się jak porządny film sensacyjny. Większość. O ostatnich trzydziestu minutach nie można tego powiedzieć.
Jednym z gorszych filmowych (książkowych zresztą też) błędów jest zaopatrzenie dzieła w dwa zakończenia. I wcale nie chodzi tutaj o wersje alternatywne (choćby z “Rtęci” Amelie Nothomb) czy dodatki na DVD (gdzie alternatywne zakończenia są często dużo lepsze niż te wyemitowane w kinie). Mam na myśli zamknięcie wszystkich wątków, rozwiązanie zagmatwanych spraw, ale… nie zakończenie utworu. W rezultacie widzom serwuje się trzydzieści minut nic nie wnoszących scen, lub wręcz przeciwnie. Dorabia się kilkanaście krótkich wątków, które rozwiązanie znajdują po kilku minutach. A jak jest w “Monachium”? O tym za chwilę.
Jeśli z “Ojca chrzestnego” pamiętasz jedynie scenę z koniem, a z “Odysei kosmicznej” przedstawienie ewolucji ludzkości - nie ma w tym nic złego. Gorzej jeśli scena, którą zapamiętujesz nie jest czymś co przeszło do klasyki kina, wisienką na torcie, ozdobą filmu i kopalnią cytatów dla późniejszych obrazów, a czymś co rozbija film i wywołuje w tobie niesmak. A taką niestety śmieszno-straszno-obrzydliwą scenę znajdziemy w ostatnich trzydziestu minutach “Monachium”. Tych, których lepiej nie oglądać.
Idę o zakład, że każdy kto widział ten film, jest w stanie od razu wskazać która to scena. Paskudny obraz mordowanych sportowców wpleciony w porno-scenerię. Nie sposób oglądając to filmowe kuriozum nie zadać sobie pytania co wciągnął do nosa Spielberg co podsunęło mu tak bzdurną wizję. I nie zastanowić się nad odczuciami bliskich izraelskich olimpijczyków. Bo za wydarzeniami w Monachium stali prawdziwi ludzie i ich prawdziwe dramaty, o czym reżyser wyraźnie zapomniał.
Jakim filmem jest więc “Monachium”? Nierównym, podzielonym i ewidentnie za długim. Przez sto dwadzieścia minut ciekawym studium podziału na “Dobrych” i “Złych”, przez kolejne trzydzieści czymś co prawie pozbawia widzów zjedzonego wcześniej pocornu lub w najlepszym przypadku zamęcza ich na śmierć.
I skoro na opakowaniach filmów często pisze “Krwawy horror”, gry komputerowe są oznaczane przez PEGI to może na “Monachium” powinien pojawić się napis “Ten film to NOOTM”? Przynajmniej czułabym się lojalnie ostrzeżona.