Tygrysia

10/02/2007

“Monachium”

Mamy już filmowe horrory, romanse i kryminały. Ta metka, na stałe przyczepiona do danego obrazu pozwala szybko zorientować się czego możemy się po danym dziele spodziewać. Do tej długiej litanii gatunków kinowych proponuję dodać jeszcze jeden, reprezentowany przez “Monachium” Stephena Spilberga. Nie Oglądaj Ostatnich Trzydziestu Minut, w skrócie NOOTM.

Historia izraelskiego odwetu na Palestyńczykach z organizacji Czarny Wrzesień jest filmem przeciętnym. Całość sprawie wrażenie trochę zbyt sentymentalnej i nierównej. W jednej chwili reżyser raczy nas obrazami przestrzelonych policzków, w innej serwuje długie dysputy na temat istoty dobra i zła. Na szczęście mimo irytujących pseudo-filozoficznych wstawek większość filmu ogląda się jak porządny film sensacyjny. Większość. O ostatnich trzydziestu minutach nie można tego powiedzieć.

Jednym z gorszych filmowych (książkowych zresztą też) błędów jest zaopatrzenie dzieła w dwa zakończenia. I wcale nie chodzi tutaj o wersje alternatywne (choćby z “Rtęci” Amelie Nothomb) czy dodatki na DVD (gdzie alternatywne zakończenia są często dużo lepsze niż te wyemitowane w kinie). Mam na myśli zamknięcie wszystkich wątków, rozwiązanie zagmatwanych spraw, ale… nie zakończenie utworu. W rezultacie widzom serwuje się trzydzieści minut nic nie wnoszących scen, lub wręcz przeciwnie. Dorabia się kilkanaście krótkich wątków, które rozwiązanie znajdują po kilku minutach. A jak jest w “Monachium”? O tym za chwilę.

Jeśli z “Ojca chrzestnego” pamiętasz jedynie scenę z koniem, a z “Odysei kosmicznej” przedstawienie ewolucji ludzkości - nie ma w tym nic złego. Gorzej jeśli scena, którą zapamiętujesz nie jest czymś co przeszło do klasyki kina, wisienką na torcie, ozdobą filmu i kopalnią cytatów dla późniejszych obrazów, a czymś co rozbija film i wywołuje w tobie niesmak. A taką niestety śmieszno-straszno-obrzydliwą scenę znajdziemy w ostatnich trzydziestu minutach “Monachium”. Tych, których lepiej nie oglądać.

Idę o zakład, że każdy kto widział ten film, jest w stanie od razu wskazać która to scena. Paskudny obraz mordowanych sportowców wpleciony w porno-scenerię. Nie sposób oglądając to filmowe kuriozum nie zadać sobie pytania co wciągnął do nosa Spielberg co podsunęło mu tak bzdurną wizję. I nie zastanowić się nad odczuciami bliskich izraelskich olimpijczyków. Bo za wydarzeniami w Monachium stali prawdziwi ludzie i ich prawdziwe dramaty, o czym reżyser wyraźnie zapomniał.

Jakim filmem jest więc “Monachium”? Nierównym, podzielonym i ewidentnie za długim. Przez sto dwadzieścia minut ciekawym studium podziału na “Dobrych” i “Złych”, przez kolejne trzydzieści czymś co prawie pozbawia widzów zjedzonego wcześniej pocornu lub w najlepszym przypadku zamęcza ich na śmierć.

I skoro na opakowaniach filmów często pisze “Krwawy horror”, gry komputerowe są oznaczane przez PEGI to może na “Monachium” powinien pojawić się napis “Ten film to NOOTM”? Przynajmniej czułabym się lojalnie ostrzeżona.

23/11/2006

“Casino Royale”

Filmy o przygodach tajnego agenta w służbie Jej Królewskiej Mości przyzwyczaiły nas do pewnego schematu. Jest więc piękna dziewczyna, Ktoś Bardzo Zły (który zawsze ginie w wyjątkowo okrutny sposób), są zabawki prosto od “Q”, docinki “M” i bezapelacyjny happyend.

To właśnie te schematy, za które ludzie polubili tą bodaj nadłuższą filmową serię w historii kina, stały się jej gwoździem do trumny. Kolejne produkcje spod znaku Jamesa Bonda okazywały się strasznie wtórne, a przez to… nijakie. W konsekwencji na “Śmierć nadejdzie jutro” nie poszłam nawet do kina. Żal mi było pieniędzy.

I chociaż jako wielka fanka serii (odpuściłam sobie jedynie Lazenby’ego) byłam święcie oburzona wyborem Daniela Craiga, przeróbkami fabuły i brakiem “zabawek” spod znaku “Q” - muszę stwierdzić, że te wszelkie cięcia były serii potrzebne. James Bond powraca i to w wielkim stylu!

Zacznijmy od wad. “Casino Royale” jest koszmarnym “prequelem w czasie”. Nielogiczności czasowe, mieszają agentowi 007 w życiorysie nie gorzej niż Eidos w biografii Lary Croft. Bond jako nieopierzony młody szpieg nie pasuje do realiów 2006 roku, a postać nowej-starej “M” nie współgra z wcześniejszymi produkcjami. Zważając jednak na to, że takich kwiatków nie jest w filmie za dużo, a sama postać głównego bohatera jest w dużej mierze anachroniczna (bo przecież Bond powinien mieć tyle lat co Sean Connery i obecnie wychowywać gromadkę wnucząt) można całą sprawę pominąć. W końcu agentowi z licencją na zabijanie wybaczymy wiele.

Kolejnym mankamentem jest piosenka przewodnia. “You know my name” na tle innych przebojów spod znaku 007 wypada blado. I z całą pewnością długo w radiu grana nie będzie.

Osobiście muszę się przyznać, że za najlepszego Bonda uważam Seana Connerego. Jego 007 jest nieugięty, przebiegły i brutalny kiedy trzeba. Na przestrzeni lat wizerunek najsłynniejszego szpiega w historii kina uległ znacznej zmianie. Zamiast mordować niewygodych zbirów, unieszkodliwiał ich w sposób stricte pacyfistyczny (wszelkie trupy były zwykłymi “wypadkami przy pracy”). Nie denerował się, ale rzucał cię cięte riposty. Owszem, nadal miał to “coś”, ale nieustanne powielanie schematów zagoniło serię na skraj przepaści.

Producenci szumnie zapowiadali, że “Casino Royale” będzie powrotem do korzeni. Tym razem na czczych obietnicach się nie skończyło. Bond pozbawiony śmiesznych zabawek, bardziej ludzki i brutalny znalazł swoją niszę na filmowym rynku. I mimo że początkowo wszelkie zmiany drażnią, po dwudziestu minutach widz przestaje je dostrzegać. Zerwanie ze skostniałymi schematami bondowskich filmów pozwala na nowo rozkoszować się przygodami ulubionego agenta. Bo jeśli 007 przegra to i tak ludzka rasa nie zginie (czego nie można było powiedzieć o poprzednich filmach), bo zachowuje się on w sposób jak najbardziej nieliniowy (by wspomnieć choćby króciutki epizod z nożem w budynku kasyna) i jest agentem z krwi i kości. Twardym, cynicznym i nieliczącym się z życiem bandytów (o ile lepszy jest Bond pozwalający umrzeć człowiekowi niż szanujący bliźnich Bond-Ghandi!).

Podsumowując, “Casino Royale” jest pozycją obowiązkową dla wszystkich fanów przygód Jamesa Bonda. Danielowi Craigowi można zarzucać, że jest brzydki, gruby i ma lęk wysokości, ale nie można stwierdzić, że jest złym agentem 007. Bo jest przekonywujący i świetnie sprawdza się w roli najlepszego szpiega świata.

Wszyscy wieszczyli, że “Casino Royale” będzie ostatnim filmem serii. Spektakularną klapą i gwoździem do trumny Jamesa Bonda. Czasem to co ma okazać się końcem staje się drugim początkiem. Dla mnie seria zaczyna się na nowo, tym ciekawsza, że inna. “Bond 22″ już za dwa lata!