Wciąż pamiętam czasy podstawówki. Opowiadania oparte na moich ulubionych bajkach lub żałośnie naiwne utworki o nieskomplikowanej fabule. Zachwyty polonistki i zgrzytanie zębami kolegów z klasy. Zgrzytanie z zazdrości.
Nie mogę zapomnieć konkursów literackich, których wyczekiwałam jak Gwiazdki. Uwielbiałam pisać coś nowego, podejmować wyzwania. Przedstawiać skończone dzieła nauczycielce, która nie omieszkała wlać mi dużej porcji miodu w serce. “To jest dobre”, “wspaniałe”, “na pewno wygrasz”.
Po radosnej pracy twórczej następowały długie chwile oczekiwania. Zwycięstwo należało mi się niejako “z urzędu”, a ogłoszenie wyników stawało się jedynie formalnością. Nie muszę chyba dodawać, że rzadko coś wygrywałam, a nawet jeśli trafiła mi się pierwsza nagroda, to najczęściej za utwór, który uważałam za słaby. Pamiętam jak mnie to bolało, kuło gdzieś pod sercem, a współczujące “twoje prace były najlepsze” polonistki, pozwoliło mi uwierzyć, że wszystkie konkursy są niesprawiedliwe, a jury stronnicze. Kiedy przeglądałam pokonkursowe antologie nieraz dochodziłam do wniosku, że moje prace były lepsze. Ale bojąc się niezrozumienia siedziałam cicho łykając łzy.
Tyle tytułem wstępu. Bez tej krótkie notki autobiograficznej nie sposób zrozumieć Świętej Wojny (o której napiszę innym razem) i mojej nienawiści do konkursów literackich, w których bardziej przydatne od talentu okazuje się szczęście.
W piątek dostałam kilkadziesiąt prac konkursowych. Dzieci z podstawówki, tak naiwne jak ja dziesięć lat temu, spisały swoje baśnie. Wśród ich błędów ortograficznych, kalekich konstrukcji gramatycznych i poszarpanej fabuły dostrzegam małą siebie. Spośród kłębów kartek mam wybrać najlepsze moim zdaniem opowiadanie. Dla okrzepnięcia i zaprawienia w wydawniczych bojach.
Każdy odrzucony utwór rozdziera mi serce. Nie mogę wyzbyć się wrażenia, że kogoś krzywdzę. I choć wiem, że nie da się żyć nie raniąc nikogo, wyję z bólu. Staram się wybierać sprawiedliwie. Opowiadania czytam do końca, tylko tak potrafię zasnąć, stwierdzić, że jestem w porządku. Na obecną chwilę przeczytałam połowę baśni i wybrałam osiem, moim zdaniem lepszych. Nie chcę myśleć w jaki sposób wyłonię zwycięzcę wśród tej grupki szczęśliwców. Niech Bóg i historia mnie osądzą.
Z biegiem czasu stwierdzam, że Mała Ja, nie była zawistna. Po prostu nie miała szczęścia, gdy znużony czytaniem powtarzających się fabułek i oglądaniem tych samych błędów, juror dla świętego spokoju wylosował zwycięzców. Rzeczywiście byłam lepsza. Pechowa, ale lepsza.
Właśnie doszlifowuję opowiadania, które wysyłam na konkurs. Modlę się o pozbawionego sumienia jurora. Bo tylko taki wyłoni sprawiedliwie zwycięzcę.