Tygrysia

07/10/2007

Feministyczny blues

(bo chcę być Newtonem w spódnicy - dzisiejszą notkę sponsoruje TurboPascal)

No i zaczęły się studia. Te wyczekane, wymarzone i zapracowane. Te na których tak łatwo o męża i kopa w dupę.

Niełatwo być dziewczyną lubiącą krwawe gry komputerowe, oj niełatwo. Ale być informatyczką jeszcze gorzej. Pomijając kwestie tak istotne jak to, że rzucam się w oczy i raczej nie mam szans na niezauważone niepojawienie się na zajęciach, zachowanie niektórych jest dobijające.

Tak, panowanie, do was ta mowa. Mydło nie jest toksycznym środkiem chemicznym, a woda kolońska nie zamaskuje rezygnacji z prysznica. Na świecie istnieją inne rzeczy niż komputery i Bogu za to dzięki. Kobieta na informatyce to nie kuriozum, osobliwość ani nawet ciekawostka przyrodnicza. To fakt. Tak samo jak kobiety kierowcy (i przyszli kierowcy).

Mam dość ochów, achów i zachwytów nad moją osobą. Dość głupich żartów. Dość traktowania mnie jak faceta w spódnicy. Jestem tu, bo chcę robić w życiu to co sobie wymyśliłam. Bo mam do tego prawo, takie samo jak wy.

Mam też nadzieję, że w końcu się przyzwyczaicie, zmienicie czy zrobicie cokolwiek by było lepiej. Bym mogła odstawić moją lampkę alarmową na półkę.

18/03/2007

Przed Bogiem i historią

Wciąż pamiętam czasy podstawówki. Opowiadania oparte na moich ulubionych bajkach lub żałośnie naiwne utworki o nieskomplikowanej fabule. Zachwyty polonistki i zgrzytanie zębami kolegów z klasy. Zgrzytanie z zazdrości.

Nie mogę zapomnieć konkursów literackich, których wyczekiwałam jak Gwiazdki. Uwielbiałam pisać coś nowego, podejmować wyzwania. Przedstawiać skończone dzieła nauczycielce, która nie omieszkała wlać mi dużej porcji miodu w serce. “To jest dobre”, “wspaniałe”, “na pewno wygrasz”.

Po radosnej pracy twórczej następowały długie chwile oczekiwania. Zwycięstwo należało mi się niejako “z urzędu”, a ogłoszenie wyników stawało się jedynie formalnością. Nie muszę chyba dodawać, że rzadko coś wygrywałam, a nawet jeśli trafiła mi się pierwsza nagroda, to najczęściej za utwór, który uważałam za słaby. Pamiętam jak mnie to bolało, kuło gdzieś pod sercem, a współczujące “twoje prace były najlepsze” polonistki, pozwoliło mi uwierzyć, że wszystkie konkursy są niesprawiedliwe, a jury stronnicze. Kiedy przeglądałam pokonkursowe antologie nieraz dochodziłam do wniosku, że moje prace były lepsze. Ale bojąc się niezrozumienia siedziałam cicho łykając łzy.

Tyle tytułem wstępu. Bez tej krótkie notki autobiograficznej nie sposób zrozumieć Świętej Wojny (o której napiszę innym razem) i mojej nienawiści do konkursów literackich, w których bardziej przydatne od talentu okazuje się szczęście.

W piątek dostałam kilkadziesiąt prac konkursowych. Dzieci z podstawówki, tak naiwne jak ja dziesięć lat temu, spisały swoje baśnie. Wśród ich błędów ortograficznych, kalekich konstrukcji gramatycznych i poszarpanej fabuły dostrzegam małą siebie. Spośród kłębów kartek mam wybrać najlepsze moim zdaniem opowiadanie. Dla okrzepnięcia i zaprawienia w wydawniczych bojach.

Każdy odrzucony utwór rozdziera mi serce. Nie mogę wyzbyć się wrażenia, że kogoś krzywdzę. I choć wiem, że nie da się żyć nie raniąc nikogo, wyję z bólu. Staram się wybierać sprawiedliwie. Opowiadania czytam do końca, tylko tak potrafię zasnąć, stwierdzić, że jestem w porządku. Na obecną chwilę przeczytałam połowę baśni i wybrałam osiem, moim zdaniem lepszych. Nie chcę myśleć w jaki sposób wyłonię zwycięzcę wśród tej grupki szczęśliwców. Niech Bóg i historia mnie osądzą.
Z biegiem czasu stwierdzam, że Mała Ja, nie była zawistna. Po prostu nie miała szczęścia, gdy znużony czytaniem powtarzających się fabułek i oglądaniem tych samych błędów, juror dla świętego spokoju wylosował zwycięzców. Rzeczywiście byłam lepsza. Pechowa, ale lepsza.

Właśnie doszlifowuję opowiadania, które wysyłam na konkurs. Modlę się o pozbawionego sumienia jurora. Bo tylko taki wyłoni sprawiedliwie zwycięzcę.

03/01/2007

Operacja “Fałdka”

Sposobów było wiele. Od jarzynowej diety-cud, poprzez głodówkę, a na intensywnych ćwiczeniach kończąc. Każdy miał jakąś własną koncepcję na pozbycie się kłopotliwego kawałka mnie. Operacja “Fałdka” rozpoczęła się na dobre.

Zaczęło się niewinnie. Studniówką i dopasowaną suknią na miarę żony ambasadora. Potem przyszła refleksja i obawa przed kompromitacją. Pod pępkiem sterczała mi fałdka. Tak wielka, że nie powstydziłby się jej kaszalot.

Dzisiaj przyjechałam po raz ostatni przymierzyć kreację. Założyłam buty, dopasowany stanik, wypchnęłam pierś do przodu i wyprostowałam plecy. Pełna obaw zajrzałam w lustro. Bo przecież tam była ona. Fałdka.

W akcie straceńczej odwagi otworzyłam oczy. Bałam się, że będę wyglądać paskudnie, a mała ilość czasu (i dobrych chęci) uniemożliwi mi pozbycie się nadmiaru mnie. Przyjemnie się rozczarowałam. Bo fałdki nie było.

I jeśli chcecie poznać przepis na dietę cud to się zawiedziecie. Nie stosowałam żadnej z zaleconych mi metod. Po prostu pokochałam to z czym muszę się pogodzić. Kto by się przejmował fałdką, kiedy kilkanaście centymetrów nad nią jest niezły biust, a trochę pod nią ładna pupa?

Kompleksy są do kitu - stwierdziła dzisiaj fałdka, a ja pogłaskałam ją w podzięce.

Następna strona »