Rysa na szkle
Pewnie jestem naiwna albo głupia. Albo jedno i drugie.
Prz Galerii Dominikańskiej siedzi pewien pan. Siedzi na wózku inwalidzkim, przykryty wytartym kocykiem. I woła. Tak że kraje mi się serce. Grzechocze puszką i prosi o grosika na szczęście. Nie na piwo, na chleb czy nawet na operację serca. Tak zwyczajnie na szczęście. I mimo że chyba każdy szczęścia szuka, to właśnie dla tego pana łamię własne zasady, wygrzebuję ostatnie pieniądze i kiedy mogę dorzucam coś do puszki. Bo mam wrażenie, że ten pan zasługuje na nie bardziej niż wszyscy których znam.
Zdałam egzamin na prawo jazdy. Fuksem. Za piątym razem wreszcie uśmiechnęła się do mnie fortuna. Oczywiście po drodze zawaliłam parę kolokwiów i zrobiłam kilka rzeczy z których nie do końca jestem dumna. Konkluzja? Gdy ktoś powie - nigdy nie jest tak dobrze żeby nie mogło być lepiej popukajcie się w czoło. Gówno prawda. Nigdy nie jest tak dobrze żeby coś się nie mogło spierdolić.
Moi rodzice znowu się pokłócili, a mnie w pewnym stopniu ulżyło. Dość miałam mdląco-słodkiej atmosfery i szczerzenia zębów. Więc kiedy coś się najzwyczajniej mówiąc spierdoliło, znowu zrobiło się normalnie. Mam strasznie dobry humor. Cieszy mnie dobry film z siostrą, smaczna kolacja i to, że udało mi się naprawić łóżko. Bo czy nie o to chodzi? By cieszyć się małymi rzeczami? Może ludzie są dopiero wtedy szczęśliwi gdy nie są do końca szczęśliwi?
PS. Wierzcie w anioły. To podobno pomaga.