Recenzje Malkontentki

Gwiezdny Pył

Szczerze mówiąc ciężko znaleźć w tym filmie coś nie pokazanego nigdzie wcześniej. Była i fantastyczna kraina i zła wiedźma, i przemiana głównego bohatera też nawet była. Logicznym wnioskiem wydaje się więc, że “Gwiezdny pył” będzie filmem wtórnym i niestrawnym. Na szczęście nie wszystkie rzeczy da się logicznie wytłumaczyć…

Zacznijmy więc od początku. Fantastyczna kraina mieści się w… Anglii, za murem oddzielającym od niej wioskę Mur. Zła wiedźma, pragnie przywrócić swoją młodość wycinając i zjadając serce gwiazdy, a główny bohater postanowił przynieść swojej ukochanej rzeczoną gwiazdę. Jeśli dodamy jeszcze szczyptę ciążącego nad nim przeznaczenia i walkę o tron (choć już bez obowiązkowej, zdawałoby się bitwy) to otrzymamy całkiem zgrabną historię.

“Gwiezdny pył” jest dla mnie niepojętym fenomenem ostatnich kilku miesięcy. Przeciętna produkcja z gatunku “magia & magiczne stworzonka” okazuje się naprawdę niezłym obrazem. Film jest pełen wewnętrznego ciepła, dialogi są śmieszne niejako poskórnie (dzięki Bogu zrezygnowano z wpychania ludziom chichotu w usta), a akcja na tyle wyważona, że ciężko tu zarówno się zgubić, jak i znudzić.

Gra aktorska stoi na naprawdę wysokim poziomie. Na pierwszy plan wybija się Michelle Pffeifer, która udowodniła, że rzucanie zaklęć wychodzi jej równie efektownie co słynne batmanowe miauczenie. De Niro w komediowej roli Kapitana Sheakspeara wypada o niebo lepiej niż w osławionym “Poznaj mojego tatę”, a i dwójka młodych aktorów pierwszoplanowych trzyma fason.

Wizulanie film jest bardzo wysmakowany. Stosując niewiele efektów specjalnych uzyskano efekt magii, która rządzi Stormholdem, bez przeładowania widza (i budżetu!) efektami rodem z Photoshopa. I choć przyznam, że książka w ogóle nie przypadła mi do gustu, o tyle jej wersja kinowa niczym nie ustępuje osławionej “Narnii”.

Podsumowując, bez żenady można ten film postawić na półce ze świetnymi ekranizacjami marnych książek, obok “Ojca Chrzestnego” i “Władcy Pierścieni” (tak wiem, że to dość kontrowersyjne stwierdzenie, ale postanowiłam zaryzykować, bo i film nie bylejaki).

JEDNYM ZDANIEM: Lepszy niż książkowy pierwowzór. Dużo lepszy.

OCENA: 8,5/10


Złoty Kompas

 Do fanów Nicole Kidman i fanek Daniela Craiga: nie wierzcie trailerom! (:

Z istnieniem książek, które pokochać (a nawet przeczytać) można w określonym wieku chyba zgodzą się wszyscy. Praktycznie niemożliwym wydaje się przypadek, by dwudziestolatek dokończył “Narnię”, a uczeń podstawówki zaczytywał się w powieściach Hugo. Obu rzeczy próbowałam. Z marnym skutkiem. Na szczęście wychodząc naprzeciw oczekiwaniom wszystkich tych, którym złamano dzieciństwo, zapanowała moda na ekranizacje powieści dla-dzieci-i-młodzieży.

W dalekim świecie, równoległym (prostopadłym?) do naszego rządzi kościół. Kapłani próbują za wszelką cenę utrzymać w tajemnicy istnienie innych światów prostopadłych (równoległych?). Nie cofną się przed niczym. Nawet przed porywaniem dzieci i przeprowadzaniem na nich wątpliwych moralnie eksperymentów. W tym to świecie pewna osierocona(?) dziewczynka otrzymuje tajemniczy przyrząd, umożliwiający wykrycie prawdy. A że pannica okazuje się całkiem zuchwałą smarkulą postanawia wyruszyć na poszukiwania swojego uprowadzonego przyjaciela…

Od razu się przyznam, że nie czytałam książki. Nie czuję się więc w jakikolwiek sposób kompetentna, by porównywać film z oryginałem i zaznaczam, że mam zamiar ocenić go jedynie z poziomu pullmanowego-ignoranta.

Całość jak to zwykle bywa, prezentuje się niezwykle widowiskowo. Kolejne hollywódzkie wytwórnie widać urządziły sobie konkurs i obecnie prześcigają się w efektach specjalnych i kaskaderskich wygibasach. Same filmy zaczynają przypominać tłoczne rewie lub stragany z fajerwerkami (nic tylko czekać gdy pewnego razu całość “wybuchnie”). Nie oznacza to oczywiście, że film jest niestrawny. Wręcz przeciwnie. Ogląda się go jak całkiem ładny cukierek.

Mamy więc gadające zwierzęta, fantastyczne krajobrazy i obowiązkową Wielką Bitwę (choć ta została nam zapowiedziana dopiero w 2009 roku). Jednostkę od której zależą losy świata, oraz jej wiernych pomocników. Ale przede wszystkim mamy dobrą rozrywkę stojącą na przyzwoitym poziomie. Aż szkoda, że muzyka ze “Złotego kompasu” nie urzeka niczym szczególnym i wyraźnie ustępuje miejsca wybitniejszym soundtrackom (tak, mój ulubiony to ten z “Narnii”).

JEDNYM SŁOWEM: Szczypta “Narnii” + odrobina “Władcy Pierścieni” + zdziebko “Harry’ego Pottera”=”Złoty kompas”

OCENA: 6,5/10


Deja Vu

 

“Powrót do przeszłości” ma swój urok. Po pierwsze został nakręcony ładnych kilkanaście lat temu. Po drugie jest komedią i nie próbuje pozować na ambitny film instruktażowy dla fizyków współczesnych poszukujących wehikułu czasu. Profesor rzuca z ekranu naukowe terminy, ale nie robi tego w sposób patetyczny. Zresztą często robi to obserwując znudzenie własnych słuchaczy.

“Deja vu” niestety uroku nie ma za grosz. Nie trzeba studiować fizyki, wystarczy zwykła spostrzegawczość by stwierdzić, że film jest wierutną brednią. Ale o tym za chwilę.

Wybuchł prom. Zginęło wielu ludzi. W tym jedna dziewczyna, którą najwidoczniej zabito wcześniej, a jej zwłoki umieszczono na pokładzie feralnego statku by zatrzeć wszelkie ślady. Rozpoczyna się śledztwo. Prowadzi je Danzel Washington w znanej wszystkim roli policjanta-poczciwiny (coby poczciwej cioty nie powiedzieć). Znamy go w takiej roli choćby z “Planu Doskonałego”. Nawet miny pozostawił te same.

Agenci FBI przeglądają taśmy z nagranym życiem zamordowanej dziewczyny. Okazuje się, że obraz na monitorze nie jest tym czym się wydaje…(Danzelowi oczywiście wydaje się nagraniem przez około półgodziny dłużej niz średnio rozgarniętemu widzowi) Po krótkiej wymianie terminów rodem z rozpraw akademickich, następuje wątpliwie uargumentowana fajerwerkowa atrakcja i przewidywalny finał.

Coś co czyni ten film niestrawnym jest jego infantylność i pobieżne potraktowanie tematu. Od obrazu w którym w usta bohaterów włożono sformułowania takie jak “zakrzywienie czasoprzestrzeni”, “most Newtona-Kogośtam” (no właśnie, kogo?) i “wrzechświaty równoległe”, oraz kazano im to wypowiedzieć tonem rodem z sympozjum fizyków - oczekuję jakiejkolwiek zgodności z najnowszymi teoriami naukowymi. W przeciwnym wypadku otrzymujemy jedynie nadmuchane, ładnie wyglądające zdania rzucone jedynie po to by zakłopotać amerykańskiego (!) widza. I zażenować tych, którzy mają choć elementarną wiedzę z zakresu fizyki współczesnej.

Koncepcja wehikułu czasu (no i proszę, wygadałam!) ukrytego przed oczami zwykłych śmiertelników i używanego jedynie przez wysoko postawionych agentów FBI, możliwe że nieźle sprawdziłaby się w filmie sc-fi z prawdziwego zdarzenia. Umiejscowienie akcji w dzisiejszych czasach wydaje się nieznośnym zabiegiem podobnym do książkowego realizmu magicznego. I nawet fizyczne terminy brzmią w tym filmie jedynie jak puste zaklęcia, których wymówienie wymaga połamania języka…

 JEDNYM ZDANIEM: Bzdura, która nie powinna się zdarzyć. Na kinowych ekranach również.

OCENA: 3/10


Skarb Narodów: Księga Tajemnic

Tak wiem . Sama sobie jestem winna. Mało jest, powiedzmy nienajlepszych filmów posiadających wyśmienite sequele. Tym razem także obyło się bez niespodzianki.

“Skarb Narodów: Księga Tajemnic” koncentruje się na próbie oczyszczenia z zarzutu organizacji zamachu na Abrahama Lincolna, pra pra dziadka Billa Gatesa (Cage). By tego dokonać należy znaleźć tajemniczy skarb, wypowiedzieć kilka nieśmiesznych żartów, obowiązkowo ryzykować życiem i zdobyć serce pięknej kobiety. Myślę, że nikomu nie zepsuję zabawy dodając, że do obowiązków Złego należy zrehabilitować swoje przewiny, a Tych Dobrych spaść na czery łapy w cukierkowym finale.

Oglądając ten film nie mogłam się zdecydować, czy jest to film dla dzieci czy głupiutki film dla dorosłych. Sami aktorzy chyba także się pogubili. Niestety. Szkoda Harrisa, Voighta i Mirren.

“Skarb Narodów” nudzi. Okropnie. Widać w nim osławioną “disneyowatość” starannie ukrytą w “Piratach z Karaibów”. Może całość całkiem nieźle sprawdziłaby się w familijnej animacji, ale w czymś co przynajmniej teoretycznie stara się być kinem przygodowym po prostu razi. Sceny z prezydentem-erudytą (rozumiem, że to szczęśliwa post-Bushowa era?)  czy francuskimi policjantami wypadają strasznie sztucznie. Indiana Jones miał wdzięk, którego widać Gatesowi zabrakło… 

Pod względem technicznym film stoi na przyzwoitym poziomie. Muzyka całkiem sprawnie wypełnia tło, choć nie zapada w pamięć. Ujęcia są leniwe (za leniwe?) , co pozwala nie pogubić się w fabule nawet mniej uważnym widzom. Zresztą umówmy się. Zdubić się NIE DA. To jednak wciąż za mało by uznać ten film za chociażby “przyzwoity”. Bo jeśli czegoś nie znoszę w Hollywoodzkich produkcjach to traktowania widza jak idioty.

JEDNYM ZDANIEM: Marne popłuczyny po “Poszukiwaczach zaginionej Arki”

OCENA: 3/10


Ruszyła maszyna po szynach…

Witajcie na moim blogu poświęconym recenzjom książek, filmów i gier komputerowych. Mam zamiar traktować go głównie jako archiwum wszelkiego rodzaju dzieł i dziełek, którym poświęciłam choć trochę czasu. Chciałabym potem spojrzeć na niektóre rzeczy z odpowiedniego dystansu.

Oczywiście mam nadzieję, że i Tobie moje recenzje się na coś przydadzą. Jeśli uchronię Cię przed wydaniem pieniędzy na chociaż jeden słaby film lub namówię do przeczytania jednej wyśmienitej książki - będę wiedzieć, że moja praca nie poszła na marne. A ponieważ obecnie wiele pozycji można dostać za grosze (czy to z gazetą, czy na wyprzedaży) znajdziejsz tu także opisy nieco starszych pozycji.

No i na koniec. Wiem jak frustrujące jest czytanie recenzji kogoś, kto zdaje się, że tak naprawdę nie lubi gatunku, który recenzuje. Kogoś kto ma gust skrajny od mojego. Dlatego zachęcam do przeczytania strony “O mnie”. Będziesz wiedział które recenzje należy (według Ciebie) między bajki włożyć.